21 lipca 2021
Zauważyłeś,

Artykuły z tej kategorii

Podczas ostatniego Lektorskiego Lunchtime’u [KLIK] poruszyłam temat wypalenia zawodowego Nauczyciela. Uważam, że to bardzo ważny temat, bo nasza profesja jest szczególnie na ten problem narażona.

Dlaczego? Przede wszystkim z powodu dużego zaangażowania emocjonalnego i psychicznego, z którym łączy się ten zawód. Chcąc nie chcąc tworzymy relacje z naszymi Uczniami, a oni niejednokrotnie dzielą się z nami swoimi problemami osobistymi. Z własnego doświadczenia wiem, że ciężko jest się zupełnie od tego odizolować i po pewnym czasie Nauczyciel czuje się po prostu przemęczony i zrezygnowany.

Podczas tego FB LIVE mówiłam również krótko o swojej historii wypalenia zawodowego. Jeśli jesteś jej ciekaw, koniecznie obejrzyj zapis tej transmisji! [KLIK]

Dziś chciałabym podzielić się z Tobą tym jak – paradoksalnie – urlop macierzyński pozwolił mi pokochać nauczanie na nowo 😉


Otóż jeszcze przed zajściem w ciążę odczuwałam oznaki przemęczenia i niechęci do prowadzenia zajęć. Mój grafik był maksymalnie wypełniony lekcjami, a dodatkowo prowadzę jeszcze firmę, która już wtedy zatrudniała pracowników. Na mojej głowie było naprawdę sporo rzeczy do ogarnięcia.

Później, gdy zaszłam w ciążę, pojawiły się dodatkowe problemy związane z samą ciążą. Co chwilę lądowałam w szpitalu, musiałam odwoływać swoje zajęcia albo na szybko organizować zastępstwa. Był to dla mnie bardzo trudny czas, bo w tym wszystkim martwiłam się o swoją nienarodzoną jeszcze córkę.

W większości przypadków reakcje moich Uczniów były „ludzkie”. Rozumieli nagłe zastępstwa czy zmiany w grafiku. Jednakże, z drugiej strony dochodził stres związany z kwestiami finansowymi. Wiadomo – nie ma zajęć, nie ma opłaty.

Czułam się naprawdę zrezygnowana i wypalona. Prowadzenie zajęć było dla mnie psychicznie wykańczające. Jedynym motywatorem wówczas tak naprawdę były pieniądze. Szczerze mówiąc, z wytęsknieniem oczekiwałam porodu – mogłam liczyć na zasiłek macierzyński przez rok jednocześnie nie prowadząc żadnych zajęć. Wówczas byłam praktycznie pewna, że do nauczania już nie wrócę. Naprawdę miałam dość.

Jeszcze przed narodzinami córki wyobrażałam sobie, że podczas urlopu macierzyńskiego odpocznę – przede wszystkim od pracy i całego psychicznego obciążenia związanego z planowaniem i prowadzeniem zajęć.

Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tak zwany urlop macierzyński nie ma z powszechnym rozumieniem słowa „urlop” NIC wspólnego! 😉

Pierwsze miesiące po narodzinach mojej córeczki były….ciężkie. Moja wizja cukierkowego macierzyństwa, w którym spaceruję sobie całymi dniami z wózkiem, spotykam się z innymi mamami na ploteczkach w kawiarni, czy po prostu zajmuję się lekturą ciekawej książki podczas gdy maluch śpi, okazała się o 180 stopni odwrócona od rzeczywistości.

Moja córcia należała do mocno płaczących niemowlaków. Tak, wiem, że każde dziecko płacze, ale uwierz mi…. Nie każde płacze aż tyle i aż tak głośno 😉

Pierwsze tygodnie były jeszcze jako takie. Udawało się ją położyć w łóżeczku, nie musiała być non stop przy piersi.

Jednak szybko się to zmieniło. W pewnym momencie stała się dosłownie nieodkładalna. Płakała bardzo dużo. Nie byłam w stanie zrobić niczego innego poza opieką nad nią.

Jednocześnie cały czas prowadziłam firmę. Moja córka urodziła się w maju, więc ten najbardziej hardkorowy okres jej rozwoju przypadł na najbardziej gorący okres w branży – przełom wakacji i nowego roku szkolnego. Nie byłam w stanie wyrwać się bez niej z domu na dłużej niż dosłownie chwilkę 😉 Jeśli próbowałam zabierać ją ze sobą do firmy, płakała okrutnie (była bardzo wrażliwa na dźwięki, zapachy, światło).

Jako debiutująca matka nie do końca wiedziałam co się dzieje. Byłam rozbita – z jednej strony musiałam troszczyć się o wybitnie wymagające dziecko, z drugiej próbować utrzymać swoją firmę na powierzchni.

Bardzo dużo pomógł mi mąż, ale jego możliwości za każdym razem kończyły się, gdy nasza córka stwierdziła, że chce do piersi 😉

Koniec końców siedziałam głównie w domu, nawet wychodząc na spacer z małą i psem nie mogłam za bardzo zatrzymywać się i urządzać sobie pogaduchy – zawsze kończyło się to głośnym płaczem nie do ukojenia przez długi czas.

Już w październiku zaczęłam odczuwać ogromną tęsknotę za nauczaniem – przede wszystkim za kontaktem z ludźmi, możliwością „wyjścia z domu”, nawet głupiego pomalowania oka (jak to na kobietę przystało) 😉

Traf chciał, że moja firma dostała propozycję poprowadzenia kursu dla nauczycieli jednej ze szkół w Gliwicach. To było tylko 20 godzin – spotkania 1 raz w tygodniu. Pełna strachu zapytałam męża czy zgodzi się zostawać regularnie przez kilkanaście tygodni sam na sam z naszym diabełkiem :P Jest wspaniałym mężem i ojcem i oczywiście się zgodził! Mimo że widziałam w jego oczach lekką panikę 😉

Pamiętam, jak po pierwszych zajęciach (trwających 90 minut) wróciłam do domu i mój mąż cały spocony (okazało się, że córka przez cały czas mojej nieobecności płakała okrutnie) powiedział, że widzi, że odżyłam.

Miałam wówczas ogromny dylemat moralny – z jednej strony czułam się złą matką (bo zostawiłam własne dziecko na 2 godziny bez mojej opieki!), z drugiej jednak wróciła mi energia. Czułam się naładowana kontaktem z innymi dorosłymi. Bez rozmów o pieluchach, kupkach, pierwszych ząbkach itp. 😉

Wtedy zrozumiałam, że nauczanie jest naprawdę bardzo ważną częścią mojego życia i muszę to robić, aby nie zwariować.

Oczywiście spotykałam się z różnymi reakcjami osób z mojego otoczenia – bardzo wielu ludzi negatywnie oceniało moją decyzję o delikatnym powrocie do pracy, gdy moja córka nie miała jeszcze pół roku.

Szybko jednak zauważyłam i zrozumiałam, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko 😊

Wszystkie te wydarzenia spowodowały, że odkryłam powołanie i motywację do nauczania na nowo.


Teraz, gdy lada moment urodzi się moja druga córka, również nauczam. I wiem, że zrobię przerwę od prowadzenia zajęć. Wiem też, że nie będzie ona trwała długo i choć częściowo wrócę do moich Uczniów za kilka miesięcy.

Całą tę historię można podsumować jednym, starym jak świat powiedzeniem – niektóre rzeczy zaczynamy doceniać dopiero, gdy je stracimy 😉

Zatem jeżeli czujesz się przemęczony, wypalony, brakuje Ci motywacji do prowadzeni zajęć - zrób sobie przerwę i zajmij się zupełnie czymś innym (oczywiście w miarę możliwości). Zobacz czy na pewno to koniec Twojej nauczycielskiej drogi, czy może jednak jest to kwestia zreorganizowania swojej pracy i stylu życia. Nabranie dystansu naprawdę pomaga!

Jak urlop macierzyński pomógł mi pokochać nauczanie na nowo

07 maja 2021